Czytając ostatnio newsy o rewolucji na maderskich szlakach kwalifikowanych PR, cieszę się, że zdążyłem zobaczyć tę wyspę wiecznej wiosny, zanim nastał czas tego szaleństwa. Rozumiem, że przyrodę Madery należy chronić, myślę jednak, że ten sposób przyniesie wyspie więcej szkody niż pożytku. Abstrahuję od 50% podwyżki opłat. Jednak rejestracja wyjścia na szlak na konkretną godzinę to moim zdaniem spora przesada. Trochę formalnie i sztywno się zrobi. Zbyt, jak na moje standardy. Ja zdecydowanie wysoko cenię swobodę i możliwość dostosowania się do sytuacji. Taka regulacja zabije klimat miejsca. Jednak ja dziś nie o tym. Tym razem chciałem Was zabrać na szlak Levada do Furado. Jest bez spektakularnych widoków, za to całkiem ciekawy i niemal pusty.
Pętla, którą przeszedłem ma trochę ponad 7 km. Można ją ogarnąć w dwie strony. To od Was zależy kierunek. Ja postanowiłem spocić się na początku, żeby w razie czego wracało się łatwiej wzdłuż levady do Furado. Napisałem w poprzednim akapicie, że szlak jest bez widoków. Domyślam się, że nie jest to jednak do końca prawda. Miałem po prostu pecha i trafiłem na kiepską pogodę. Wędrowałem bowiem w nisko wiszących chmurach, z których trochę kapało.
Ribeiro Frio – początek wycieczki
Tego dnia postanowiłem odwiedzić dwie trasy. Pierwszą była Verada dos Balcoes. To krótki, niewymagający szlak do fajnego punktu widokowego z niespodzianką. Opisałem go w jednym z wcześniejszych wpisów. Ten spacer był jednak tylko rozgrzewką. Poważniejsza przygoda rozpoczęła się po drugiej stronie drogi.

Auto zaparkowałem przy wejściu na szlak do Balcoes na drodze ER 103 powyżej Ribeiro Frio. Wybrałem się wcześnie rano, więc znalazłem jeszcze miejsce na bardzo małym parkingu. Zmieści się tam może z 12 samochodów, więc trzeba mieć farta. Albo cierpieć na bezsenność. Wzdłuż drogi są też niewielkie parkingi, więc na nich możecie również spróbować szczęścia.
Rano pogoda była świetna, ale koło południa zaczęło się bardzo psuć. Zrobiło się mgliście i wilgotno. Zgodnie z planem ruszyłem jednak pod górkę. Opcje były dwie. Mogłem iść asfaltem aż do schodów prowadzących na szlak. Mogłem też już na pierwszym zakręcie zejść z szosy. Wybrałem tę drugą opcję i okazało się, że to dobry pomysł. Najpierw trafiłem na schody, przy których kaskadą spływała woda.

Kawałek dalej znalazłem niezwykle urocze miejsce. Niewielki i malowniczo położony wodospad. Tu spotkałem turystkę, która tuż przed moim przyjściem zażywała kąpieli. Szybko jednak się przebrała i ulotniła. Zostałem więc sam na sam z szumem wody spadającej z wysokości kilku metrów. Wodospad trochę mi przypominał Wodospad Szklarki w Szklarskiej Porębie. Podobieństwo nie jest wielkie, ale jakoś tak mi się skojarzyło.

Idąc dalej natrafiłem na schowane w lesie pole biwakowe. Było tu kilka namiotów, ale nie znalazłem żywego ducha. Pewnie mieszkańcy byli już w terenie.

Leśna ścieżka doprowadziła mnie z powrotem do asfaltu, którym znów pokonałem około 200 metrów pod górę. I tu mała obserwacja. Drogi na Maderze mają zęby. Tak przynajmniej wyglądają murki chroniące przed wypadnięciem w przepaść.

Po lewej stronie drogi trafiłem na schody do lasu. Nimi kontynuowałem wspinaczkę.

Szlak do lotniska modelarskiego
Wędrówka nie miała większej historii. Momentami lekko zniszczona ścieżka, dużo zieleni i wilgoci. Po przejściu około 700 metrów i pokonaniu niespełna 150 metrów przewyższenia wszedłem z lasu na w miarę otwartą przestrzeń. Kurcze, jak teraz piszę, że to zaledwie 700 m., to sam nie wierzę. Na miejscu wydawało się, że co najmniej dwa kilometry…

Okazało się jednak, że chmura, o której wspomniałem wcześniej, znacznie ograniczała widoczność.

Idąc dalej, trafiłem na coś, co przypominało mały pas startowy. Na mapie to miejsce jest oznaczone jako lotnisko dla modeli samolotów. Tuż obok opuszczone gospodarstwo. We mgle wyglądało na jeszcze bardziej opuszczone, może nawet nawiedzone. Urbex jednak nie nie wezwał i odpuściłem sobie eksplorację. Poszedłem dalej.

Levada do Poco Bezerra
Po zejściu ze szczytu i wędrówce w dół natrafiłem na to, co pozostało z Levady do Poco Bezerra. Szlak prowadzi tutaj wzdłuż zniszczonej, dawno nieużywanej levady. Momentami płynęła nią woda, jednak w większości była sucha i zarośnięta. W jednym miejscu lawina kamieni zniszczyła kanał całkowicie. Próbowano to naprawiać za pomocą plastikowych rur. One jednak też przegrały walkę z naturą.

Spacer tym fragmentem trasy był bardzo „dziki”. Spotkałem co prawda kilka osób, jednak większość pokonałem w samotności. Zdarzały się momenty, w których drzewa się przerzedzały i można było zobaczyć dolinę. Momenty to jednak bardzo rzadkie a widok mimo wszystko ograniczony.

Zejście zakończyło się połączeniem levady do Poco Bezerra z levadą do Furado.

Levada do Furado – deszczowa Madera
Teraz, spoglądając na mapę, widzę, że popełniłem błąd. Skierowałem się bowiem w lewo w kierunku Ribeiro Frio. Trzeba było pójść w prawo. Zupełnie niedaleko jest bowiem ciekawy wodospad. Jednak cóż. Co się stało… Do końca lewady, gdybym wybrał tę drogę, było 5 km. W sumie więc przedłużyłoby to wycieczkę o 10 km. Trzeba byłoby bowiem wrócić tą samą drogą. Patrząc z perspektywy czasu, można tak było zrobić. Jeśli więc będziecie mieli czas i siłę, to namawiam na dłuższy spacer. Można też wybrać się tylko na samą trasą PR 10 przy lewadzie startując z Ribeiro Frido. Wtedy wędrówka w jedną stronę to około 8. km.
Droga powrotna wzdłuż levady do Furado prowadziła zupełnie po płaskim. Tutaj kanałem płynęła już woda. Było też kilka punktów widokowych.

Czasem ze skał spływała woda, tworząc niewielkie wodospady. Myślę, że okresowe, zasilane wodą deszczową. I mogłem je podziwiać tylko dlatego, że padało. Dlatego też nie robiłem zbyt wielu zdjęć. Chyba więcej komórką niż aparatem.

Powrót do parkingu przy drodze to około 3,3 km. Jak wcześniej wspomniałem, po płaskim, wzdłuż kanału lewady. Tutaj roślinność częściej pozwalała na to, żeby zobaczyć coś więcej niż ścieżkę. Las wawrzynowy – Laurissilva – jest niezwykle malowniczy, kiedy widzimy go spomiędzy drzew, ale też podziwiając jego panoramę.

Dotarcie do parkingu obyło się bez większych przygód. Kilka fajnych widoków i cisza pustego szlaku. Jedyne, co było słychać to szum wody w lewadzie i spadające z drzew krople.
Podobał Ci się wpis? Postaw mi wirtualną kawę.
A jeśli spotkamy się na szlaku, ja na pewno się zrewanżuję 😉

Levada do Furado, Madera – podsumowanie
Ribeiro Frio niedaleko Porto da Cruz to fajne miejsce na co najmniej dwa spacery. Z pewnością warto wybrać się na Verada dos Balcoes. To jednak szlak o długości 15 km w jedną stronę. Na jego przejście w zupełności wystarczy półtorej godziny. Licząc również czas spędzony na punkcie widokowym i karmieniu ptaków. Dużo dłuższą i bardziej wymagającą wyprawą jest trasa do Levada do Furado z pętlą, którą opisałem. Pierwsze podejście jest dość męczące, jednak myślę, że nie ponad siły weekendowego turysty.
Jeśli macie więcej czasu i sił, to polecam również wędrówkę do końca Lewady do Furado. Co prawda znacznie przedłuży to spacer. Jednak biorąc pod uwagę, że idzie się wzdłuż kanału lewady, czyli właściwie po płaskim, wysiłek jest niewielki. Z tego, co czytałem, to ten szlak należy do jednego z najfajniejszych na Maderze. Pisząc teraz opis wyprawy, w sumie żałuję, że nie przeszedłem całej tej trasy.
Na szlaku na północno-wschodniej części wyspy spędziłem niewiele ponad trzy godziny. Przeszedłem w tym czasie trochę ponad 7 km. Tempo oczywiście mocno spacerowe. Jeśli mieliście okazję czytać moje wcześniejsze wpisy to wiecie, że ja na szlaku się nigdzie nie spieszę. Wolę patrzeć dookoła, a nie pod nogi. Parafrazując piosenkę Grupy na Swoim, chodzę powoli i dokładnie. Co i Wam polecam.
No i hasło, którym planuję od dziś. kończyć wszystkie wpisy. RUSZ DUPĘ! NIE GNIJ ZA ŻYCIA!
Zajrzyj na moje Insta!
Levada do Furado – galeria zdjęć