Miało być dużo szybciej. Okazało się, że zafundowałem moim współtowarzyszom spaceru prawie 10 godzin atrakcji na szlaku. Nic dziwnego, że fanów wśród nich nie miałem. Jednak po przejściu osiemnastokilometrowej pętli, na którą składały się dolina Prosiecka, Borowianki i Kwaczańska wszyscy byliśmy z siebie dumni. Ja najbardziej dumny byłem z naszej najmłodszej piechurki Lilianny. Ta niezmordowana pięciolatka miała na koniec jeszcze siłę biegać i śpiewać. A kiedy dotarliśmy do restauracji na kolację, pobiegła jeszcze na plac zabaw. Wszyscy byliśmy w szoku. Jednak wróćmy na szlak.
Auto zaparkowaliśmy w miejscowości Prosiek obok pętli autobusowej. Stała tam też spora ciężarówka. Nie zdążyliśmy jednak jeszcze ruszyć na spacer, kiedy przybiegła do nas pani opiekująca się pobliskim parkingiem. W dość ostrych i głośnych słowach kazała nam odjechać. Odjechać oczywiście na wspomniany parking. No więc co zrobić. Podjechaliśmy te 100 metrów. Pani trochę ochłonęła i przeprosiła nas za swoje wrzaski. Okazało się, że ponoć tam, gdzie zaparkowałem, był zakaz. Po drodze nie dostrzegłem znaku, ale może przegapiłem. Uwierzyłem na słowo, bo nie chciało mi się wracać i szukać. Jeśli rzeczywiście znak tam jest, to pani swoim krzykiem uchroniła nas od mandatu. A te ponoć na Słowacji są spore.
Opłata za parking, o ile dobrze pamiętam, wynosiła w 2025 roku 4 Euro. Zapłacić można tylko gotówką. Miejsca jest sporo, więc nie obawiałbym się, że go zabraknie.
Dolina Prosiecka – Góry Choczańskie
Z parkingu ruszyliśmy niebieskim szlakiem w stronę Doliny Prosieckiej. No i już na samym początku, może po przejściu pół kilometra, zaczęło się robić ciekawie. Wąskie przejście między skałami otworzyło widok na pierwszy fragment szlaku, przyznam, że bardzo widowiskowy. Nie bez powodu miejsce to nosi nazwę Skalne Wrota. Dodatkowym atutem były metalowe podesty poprowadzone nad nurtem strumienia Prosieczanka i mały mostek.

Trafiliśmy akurat na sporą wycieczkę i zrobiło się trochę ciasno. Zresztą z tą grupą mijaliśmy się na szlaku jeszcze kilka razy. Przepuściliśmy ich więc i po odczekaniu chwili ruszyliśmy dalej. Ten fragment, choć bardzo krótki, podniósł odrobinę poziom emocji. Trzeba było bowiem przejść po niezbyt prostej ścieżce po skałach. Na szczęście zabezpieczonej łańcuchem. Było się wiec za co złapać. Jednak, kiedy jest mokro, trzeba uważać.

Przyznam, że dalszy fragment szlaku trochę mnie rozczarował. Ścieżka wiodła bowiem w dość gęstych zaroślach. Krzaki i niewielkie drzewka skutecznie ograniczały widoczność. Po pierwszym wow nastąpił spory kawałek zwykłej, leśnej wędrówki. Szlak prowadził częściowo korytem wyschniętego strumienia.

Dopiero po mniej więcej dwóch kilometrach widok zaczął się trochę otwierać. Dolina Prosiecka zrobiła się szersza a szlak prowadził już nie jej dnem a po zboczu. Można było więc momentami zobaczyć coś więcej niż krzaki.
Dolina Prosiecka – Wodospad Czerwone Piaski
Po trzech i pół kilometrach wędrówki dotarliśmy do rozstaju dróg i wiaty turystycznej. Ludzi było tu dość sporo, więc szybko poszliśmy dalej. Jednak nie niebieskim szlakiem do wyjścia z doliny a ścieżką prowadzącą do wodospadu Czerwone Piaski. Daleko nie było – ledwo 10 minut marszu. Dolinka prowadząca do kaskady ma zaledwie około 300 metrów. Jest za to bardzo malownicza.

Samo zejście do wodospadu jest trochę wymagające i warto uważać. Tutaj również znaleźliśmy łańcuchy, które ułatwiły pokonanie ostatnich metrów.

Trafiliśmy akurat na taki moment, kiedy innych turystów nie było zbyt wielu. Mogliśmy więc chwilę pocieszyć się tym miejscem w kameralnym gronie. Byliśmy w porze dość suchej, więc z pokaźnego wodospadu, który można zobaczyć na zdjęciach w sieci, pozostał skromny prysznic. Spadające z wysokości 15 metrów krople przepięknie mieniły się w słońcu.

Pomimo skromnej ilości wody miejsce było bardzo klimatyczne. Znalazłem sobie miejsce za skałą, w którym mogłem się schować i w spokoju pocieszyć chwilą. Warto było.
Wyjście z Doliny Prosieckiej
Największe wrażenie w Dolinie Prosieckiej robił końcowy fragment trasy. Weszliśmy bowiem miedzy skalne ściany i musieliśmy się trochę powspinać. Widok przed nami zrobił się w końcu ciekawy. Ta część doliny nosi nazwę Wąwóz Sokół.

Drabin jest tu kilka, więc jest po czym się wspinać. Są też fragmenty, na których wystarczyć musi jedynie stalowa linka przymocowana do ściany wąwozu. W sumie to na pewno co najmniej kilkadziesiąt metrów przewyższenia. No i to przewyższenie zrobiło robotę.
Im dłużej się wspinaliśmy, tym bardziej okazały okazywał się widok za naszymi plecami. Robiło się dość wysoko, a dolina zamknięta skalnymi ścianami w końcu pokazała nam, co ma najpiękniejszego.

Trasę w Dolinie Prosieckiej wybrała Marlena, jednak plan miała trochę inny. Mieliśmy przejść dolinę i wrócić tą samą drogą. Jednak po emocjonalnych negocjacjach udało mi się przekonać ekipę, żebyśmy poszli dalej. Było mi trochę mało, a jak już przejechaliśmy 600 km w jedną stronę na Słowację, to szkoda było zakończyć teraz.
Velke Borove – miejsce odpowczynku i posiłku
Z końca, albo jak kto woli początku doliny Prosieckiej do miejscowości Velke Borove jest 2,5 km. Idzie się bardzo łatwo, bo szlak prowadzi głównie przez łąkę. Jednak nie byle jaką, bo łąkę z widokiem. A nawet z widokami. Można stąd bowiem podziwiać Góry Choczańskie, Tatry Zachodnie i Skoruszyńskie Wierchy.

Byliśmy już dość mocno głodni i spróbowaliśmy dostać się do baru w pierwszym napotkanym miejscu, czyli Bufecie Goral we wsi Velke Borove. Okazało się jednak, że chętnych było tak wielu, a menu tak skromne, że postanowiliśmy ruszyć dalej.
Pomysł okazał się bardzo dobry. Zasiedliśmy w restauracji Hostinec Borivec znajdującej się 400 metrów dalej. Tutaj miejsc było już sporo i wybór dań zdecydowanie większy. Ja wybrałem gulasz Segedyński, który okazał się całkiem smacznym bigosem. Trochę innym niż ten znany z naszych stołów, jednak również opartym na kiszonej kapuście. Posililiśmy się więc, popiliśmy Kofolą i ruszyliśmy dalej.
Dolina Kwaczańska w górach Choczańskich
Poszliśmy dalej niebieskim szlakiem. Prowadzi on początkowo również łąką, a właściwie jej skrajem. Łąka leży w niewielkiej, acz szerokiej i bardzo malowniczej dolinie. Było dość ciepło i nie było się gdzie schować przed słońcem. Na szczęście po zaledwie 1300 metrach od gościńca rozpoczęła się Dolina Borovianki.

Dolinę otwiera niewielki kamieniołom i szlak prowadzący w dół między obrośniętymi świerkami zboczami. Na jednej ze skał uwagę przykuł kamienny krzyż. Nie znalazłem jednak informacji, skąd się tam wziął.

Wodospad Raztocki w Dolinie Kwaczańskiej- Ráztocký vodopád
Szlak prowadzi wzdłuż strumienia o nazwie Borovianka. Pół kilometra od wejścia do doliny trafiliśmy na szlakowskaz pokazujący drogę do kolejnego wodospadu. Ten nazywa się Raztocki. Zaledwie kilkadziesiąt metrów od szlaku znajduje się niewielka kaskada. Jedynie kilka metrów wysokości, ale miejsce samo w sobie jest bardzo klimatyczne. Mieliśmy jednak trochę pecha, bo dosłownie minutę po nas na miejsce dotarła spora grupa turystów.

Zdążyliśmy tylko zrobić zdjęcia dzieciakom. Cóż, czasem tak bywa. Mieliśmy jeszcze sporo do przejścia tego dnia, więc nie było możliwości, żeby czekać, aż ludzie sobie pójdą. Trudno.
Młyn w dolinie Kwaczańskiej
Dosłownie kilkadziesiąt metrów dalej wyszliśmy na sporą polanę o nazwie Obłazy. Właściwie była to malutka wieś, którą zamieszkiwały dawniej dwie rodziny. Znajduje się tu jedna z większych atrakcji doliny Kwaczańskiej, czyli stary młyn. Tak właściwie to dwa młyny i tartak. Młyn górny nie jest udostępniony do zwiedzania, za to ten dolny to istny raj dla najmłodszych. Jednak największą furorę robi nie sam zabytkowy budynek, a przechadzające się w jego okolicy kozy.

Młyny nie mają spektakularnie długiej historii. Powstały w pierwszej połowie XIX wieku. Po latach pracy zostały jednak opuszczone w latach 70. XX wieku. Niedawno grupa entuzjastów postanowiła tchnąć w to miejsce nowe życie. I zrobiła to z powodzeniem.

Obiekt można zwiedzać za przysłowiowe „co łaska”. Nikt tu nie sprzedaje biletów, ani nie sprawdza opłat. Przy sklepiku stoi spora skarbonka, do której można wrzucić kilka euro. Całość jest ponoć przeznaczana na konserwację obiektów i ich utrzymanie. Podczas naszej wizyty wody w potoku nie było zbyt wiele. Dlatego mechanizmy młyna i tartaku pozostawały uśpione. Jednak gdy stan wody na to pozwala można zobaczyć, jak pracują.

Spacer do czerwonego szlaku w dolinie Kwaczańskiej
Po spędzeniu kilkudziesięciu minut na zwiedzaniu młyna i karmieniu kóz ruszyliśmy dalej. Niebieski szlak prowadzi tutaj pod górę i jest dość stromo. Na przestrzeni około 300 metrów przewyższenie wynosi około 65 metrów, czyli ponad 20%. Jest więc co dreptać. Na szczęście odległość nie jest zbyt duża.

Po dotarciu do czerwonego szlaku, który jest jednocześnie trasą rowerową o mało nie zostałem zlinczowany. Okazało się bowiem, że na szlakowskazie, odległość, którą mieliśmy jeszcze do przejścia obliczono na 3 godziny. Nie było jednak innego wyjścia. Trzeba było iść przed siebie

Na szczęście już w większości szlak prowadził w dół. Za to zostałem obciążony pięciolatką na barkach. Okazało się bowiem, że nogi chwilowo ją bardzo bolą. No cóż. Życie. Na tych odcinkach szlaku, na których było to bezpieczne, szedłem więc z dodatkowym obciążeniem. Na szczęście stosunkowo niewielkim.
Punkty widokowe i szaleni rowerzyści
Jak wcześniej wspomniałem, czerwony szlak pieszy jest tu jednocześnie trasą rowerową. Część rowerzystów jednak nie za bardzo miała ochotę szanować to połączenie. Gnali na dół na złamanie karku, tak jakby pieszych nie było. Trzeba więc tu być czujnym i nasłuchiwać, czy zza pleców nie wyskoczą nagle bezrozumni entuzjaści dzikich zjazdów. Nam się kilka razy taka sytuacja zdarzyła. Na szczęście zdążyliśmy uskoczyć i skończyło się bez kolizji.

Po drodze są też fajne punkty widokowe. Jeden z nich pozwala na podziwianie doliny rzeki Kwacianki. jeszcze przed chwilą widzieliśmy ją przy młynie. Teraz była jedynie wąską wstęgą niebieskiej wody poniżej widzieliśmy.

Przy wejściu do doliny jest niewielki punkt gastronomiczny. Można tu coś przekąsić i uzupełnić płyny. Znów wchłonęliśmy spore ilości Kofoli i dodatkowo lody. Widząc zmęczenie na twarzach współtowarzyszy, w ramach pokuty za straty moralne, na które ich naraziłem, zaproponowałem, że pójdę sam na parking i przyjadę po nich autem. Jednak ambicja i przygoda zwyciężyły. Ruszyliśmy więc do Prosieka na piechotę wszyscy.
Żółty szlak z Kvacian do Prosieka
Żółty szlak z parkingu pod Doliną Kwaczańska prowadzący do Prosieka okazał się całkiem długi. W sumie niby pięć kilometrów to nie jest zbyt wiele. Jednak biorąc pod uwagę, że szliśmy już z osiem godzin, te ostatnie kilometry były dość wymagające. Zwłaszcza że szlak wiódł raz w dół, raz pod górę, nie ułatwiając wędrówki.

Drogę umilały jednak widoki. Z jednej strony sztuczne jezioro Liptovska Mara a za nim Niskie Tatry, z drugiej Tatry Wysokie a z trzeciej Wielka i Mała Fatra. Za plecami zaś Góry Choczańskie. Te ostanie widać było najsłabiej, ale pozostałe pasma całkiem nieźle. Nawet przy zachodzącym słońcu i dużym zamgleniu powietrza. Pomiędzy Wysokimi a Niskimi Tatrami straszyła rozbudowująca się chmura burzowa. Na szczęście została ona tam, gdzie była i sztorm nas nie zaatakował.

Niemal cały żółty szlak jest tu jednym wielkim punktem widokowym. Można siąść na trawie lub oprzeć się o drzewo i patrzeć, patrzeć, patrzeć…
Parking w Prosieku – wreszcie
No i w końcu doszliśmy. Lila, która jeszcze przed chwilą „umierała” ze zmęczenia i trzeba ją było nieść na barana, zaczęła śpiewać Lipkę i biegać jak szalona. Cała reszta wycieczki doczłapała się spokojnie do auta. Ja do takich spacerów przywykłem, ale pozostali członkowie wyprawy niekoniecznie. Tym bardziej jestem dumny z Marleny, Gabrysia Olka i Lili, że razem daliśmy radę. To była super przygoda.

Dolina Prosiecka i dolina Kwaczańska – podsumowanie wędrówki
Wyprawa okazała się dużo dłuższa, niż ją Marlena wymyśliła. Z perspektywy czasu jednak chyba wszyscy jesteśmy z niej zadowoleni. Widoki po drodze cudne. Zarówno te na krótkim dystansie, jak i panoramy. Pomimo sierpniowego weekendu na szlaku nie było wielkich tłumów. A że w Polsce był to długi weekend, nasz ojczysty język słychać było dużo częściej niż jakikolwiek inny. W sumie przeszliśmy niewiele ponad 18 km i zajęło nam to 9 godzin i 30 minut. Tempo jak zwykle turystyczne, bez gonienia i z czasem na refleksję. Po zbadaniu zapisu trasy okazało się, że pokonaliśmy około 600 metrów przewyższenia. Jak na naszą ekipę to dość sporo.
Podobał Ci się wpis? Postaw mi wirtualną kawę.
A jeśli spotkamy się na szlaku, ja na pewno się zrewanżuję 😉

Czy pętla przez dolinę Prosiecką i dolinę Kwaczańską górach Choczańskich na Słowacji to dobry pomysł? To zależy. Jeśli jesteś w przyzwoitej formie i masz ochotę na dłuższy spacer, zdecydowanie polecam. Jeśli masz trochę mniej „pary”, to przejście tylko doliny Prosieckiej, albo tylko doliny Kwaczańskiej będzie dla Ciebie lepszym pomysłem.
Dolina Prosiecka i Kwaczańska – Zapis wyprawy
Dolina Prosiecka i Dolina Kwaczańska – galeria zdjęć